03 sierpnia 2012
A po nocy przychodzi dzień, a po burzy spokój...
Ach...obóz,obóz i po obozie.po spędzeniu prawie 4 tygodni w lesie nie mogę przyzwyczaić się do tej miejskiej rzeczywistości.jestem już w Wa-wie od 4 dni.I nie mogę tu wytrzymać,może nie tyle co w mieście,ale w moim domu.szczerze pisząc nie chciałam tam wracać.dziwne nie?przecież to mój dom,miejsce w którym spędziłam 15 lat swego życia,jakże pięknych można by pomyśleć,a tu dupa.z dnia na dzień mój stosunek co do tego miejsca się pogarsza.może nie tyle co do miejsca,a co do metafizycznego znaczenia pojęcia dom.ja w swym "domu" nie zaznaje spokoju.odkąd wróciłam słyszę tylko wieczne pretensje co do mojej osoby,jaka to jestem okropna,jaką jestem gówniarą i ogólnie,że się ze mną nie da rozmawiać(to głównie od babci).podobno cały czas się drę na dzieciaki,cóż odzwyczaiłam się od nich.tylko cholera jak tu się nie drzeć na takie potwory,które od samego rana się drą,a jak ty się na nie nie wydrzesz to się nie uspokoją.sorry,ja nie decydowałam o tym,że chcę mieć nagle dwójkę rodzeństwa,które bagatela ma mamusię...rzekomo jestem z nią spokrewniona,ale jej nienawidzę za to jak spierdoliła mi życie,bo tego inaczej nie da się nazwać.egoistka,narkomanka,alkoholiczka i kto wie co jeszcze.ale ja mam się tym nie przejmować,bo mnie to nie dotyczy..jasne.jeśli to się dzieje w moim domu i na moich oczach,ale mnie to nie dotyczy.jak ja bym chciała się wyprowadzić...
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)